Menu
Powrót
Nowy Lokal
Promocja

Jasio-Jeżyk kontynuacja

Spytała go, co tak długo robił poza domem, on zaś opowiedział jej, że zabłądził w lesie i mało brakowało, a nigdy by już nie wrócił. Jednakże jadąc przez wielki bór zobaczył wysoko na drzewie dziwne stworzenie, pół-jeża, pół-człowieka, siedzące na grzbiecie koguta i pięknie na czymś grające. Stworzenie owo pomogło mu odnaleźć drogę, on zaś obiecał mu za to pierwszą rzecz, jaką napotka po powrocie na królewskim dworze, i bardzo go to martwi, bo tą pierwszą rzeczą jest właśnie ona. Królewna przyrzekła staremu ojcu, że dla niego chętnie to zrobi i pójdzie z tym dziwacznym stworzeniem, kiedy tego zażąda.

Jasio-Jeżyk pasł tymczasem swoje świnie, które mnożyły się tak szybko, że w końcu zapełniły cały las. A Jasio-Jeżyk dość już miał życia w lesie, dał więc znać ojcu, aby kazał opróżnić wszystkie chlewy we wsi, bo on przyjdzie z tak wielkim stadem, że każdy, kto tylko zechce, będzie sobie mógł zarżnąć świnię. Ojciec Jasia-Jeżyka zmartwił się bardzo tą wiadomością, był już bowiem pewny, że jego syn dawno umarł. Jasio-Jeżyk dosiadł jednak koguta, przygnał do wsi swoją trzodę i zarządził wielkie świniobicie. Ależ to było używanie, kwik zarzynanych wieprzy rozlegał się daleko po całej okolicy!

Kiedy już było po wszystkim, Jasio-Jeżyk powiedział:

– Ojcze, każcie raz jeszcze podkuć w kuźni mojego koguta, a wtedy stąd odjadę i już nigdy nie wrócę.

Ojciec kazał podkuć koguta i cieszył się, że Jasio-Jeżyk opuści go na zawsze.

Pojechał on najpierw do pierwszego królestwa, ale tamtejszy król rozkazał swoim poddanym, aby – kiedy zjawi się w kraju jeździec na kogucie z dudami pod pachą – wszyscy bili go, kłuli i strzelali do niego, i nie dopuścili go do pałacu.

Ledwie Jasio-Jeżyk przekroczył granice królestwa, wojsko rzuciło się na niego z bagnetami, on zaś ścisnął ostrogami koguta, który wzbił się w powietrze, przeleciał nad bramą i usiadł pod królewskim oknem. Wtedy Jasio-Jeżyk zażądał od króla spełnienia obietnicy grożąc, że w przeciwnym wypadku i jego samego, i królewnę życia pozbawi. Król jął więc namawiać córkę, aby wyszła z pałacu, ratując życie własne i ojca. Królewna włożyła białą szatę, król zaś dał jej poszóstną karetę, służbę w pięknej liberii, mnóstwo pieniędzy i wszelkiego dobra.

Królewna wsiadła do karety, Jasio-Jeżyk wraz ze swym kogutem i dudami zajął miejsce obok niej, po czym pożegnali się i odjechali, a król był pewien, że nigdy już córki nie zobaczy. Stało się jednak inaczej, niż się spodziewał; bowiem kiedy orszak znalazł się kawałek za miastem, Jasio-Jeżyk zdarł z królewny jej piękne szaty i pokłuł ją całą do krwi swoimi kolcami, a na koniec powiedział:

– Oto nagroda za wasze kłamstwa, idź precz, wcale ciebie nie chcę!

I przepędził ją z powrotem do domu, zhańbioną do końca życia.

Sam zaś pojechał dalej na swym kogucie i z dudami po pachą do drugiego królestwa, gdzie również panował król, wyratowany przez niego z kłopotu. Ten jednak wydał rozkaz, że kiedy zjawi się ktoś taki jak Jasio-Jeżyk, wojsko ma przed nim broń prezentować, godnie go przyjąć i wśród wiwatów zaprowadzić do pałacu. Królewna przestraszyła się na jego widok, bo miał on naprawdę dziwaczną postać, ale wiedziała, że nic tu już nie można poradzić, obiecała przecież ojcu. Przyjęła więc Jasia-Jeżyka serdecznie i odbyły się ich zaślubiny, a potem usiedli obok siebie przy królewskim stole i razem jedli i pili.

Wieczorem, kiedy mieli już iść spać, królewnę ogarnął strach przed jego kolcami, on zaś uspokoił ją, żeby się niczego nie bała, bo nie spotka ją żadna krzywda. Powiedział staremu królowi, aby mu przysłał czterech ludzi do trzymania straży przed drzwiami sypialnej komnaty i do rozpalania wielkiego ognia. Kiedy on wejdzie do komnaty, zanim położy się do łóżka, zrzuci z siebie jeżową skórę i zostawi ją przed łóżkiem: wtedy czterej strażnicy muszą wbiec do komnaty, porwać skórę, wrzucić ją w ogień i przypilnować, żeby się cała spaliła.

Po wybiciu godziny jedenastej Jasio-Jeżyk wszedł do komnaty, zrzucił jeżową skórę i zostawił ją u stóp łóżka. W tej samej chwili wbiegli czterej strażnicy, chwycili skórę i wrzucili do ognia, a kiedy płomienie ją ze szczętem pochłonęły, Jaś był już od złego czaru wyzwolony i leżał w łożu w całkiem ludzkiej postaci, tyle że czarny jak węgiel, niby okopcony. Król kazał sprowadzić lekarza, który obmył go najszlachetniejszymi maściami i balsamami, aż wreszcie stał się zupełnie biały i wyglądał jak piękny, szlachetny młodzian. Kiedy królewna go zobaczyła, ucieszyła się bardzo, nazajutrz zaś wstali oboje radośni i szczęśliwi, jedli znów i pili, i dopiero wtedy odbyło się prawdziwe wesele, a Jasio-Jeżyk otrzymał od starego króla całe królestwo.

Kiedy minęło kilka lat, pojechał wraz z małżonką do swego ojca i przedstawił się jako jego syn. Ojciec go zapewniał, że właściwie nie ma syna, że miał kiedyś Jasia-Jeżyka, który urodził się pokryty do połowy kolcami, jak jeż, ale dawno powędrował w świat. Wtedy Jasio-Jeżyk dał się ojcu poznać i uszczęśliwionego zabrał ze sobą do swego królestwa.

Teraz zapalamy fajki,
Bo już koniec naszej bajki.